Jeż Schrödingera
Opublikowane: 21/07/2011 Filed under: Uncategorized 11 Comments »
Blog ten nazywa się jak się nazywa z kilku powodów. Po pierwsze, jest to – jakby się ktoś jeszcze nie zorientował – kongenialna wprost gra słów. Niby mówimy o naklejce umieszczanej na umownym tyle butelki wina (umownym, bo butelka jest okrągła, przeto z natury nie może mieć przodu i tyłu innych poza umownymi), a przy okazji kontestujemy etykietę w najszerszym znaczeniu tego słowa, odważnie propagując wina dziwaczne, ekstremalne i pochodzące z niepopularnych, z winiarstwem zwykle nie kojarzonych miejsc. Sprytne, co nie?
Ale jest też inny powód. Kontretykieta to jest bumażka wina, jego papierek lakmusowy i wydruk z wariografu. Etykieta mami, uwodzi, sili się na oryginalność żeby zwrócić na siebie uwagę lub wręcz przeciwnie, reprodukuje klisze, by wino uznane zostało za prawowicie przynależne do określonego kraju, regionu czy apelacji. Kontretykieta tymczasem wyjawia wina wstydliwe tajemnice – nieciekawy rocznik, zbyt wysoki alkohol, bełkotliwie ogólnikowy opis czy też chemiczna tabela z zawartością suchego ekstraktu doprecyzowaną do trzeciego miejsca po przecinku – to mówi o butelce o wiele, wiele więcej, niż zameczek na etykiecie. Zameczek, albo, za przeproszeniem, zwierzątko.
Tak, zwierzątko. Przyszedł bowiem wreszcie czas, by się ze światem podzielić cokolwiek szarlatańską Wielką Teorią Janickiego, której zręby prezentowałem dotychczas tylko wąskim degustacyjnym gronom. Twierdzenie moje brzmi: „Wino ze zwierzątkiem na etykiecie nie będzie dobre”.
Zamknijcie na chwilę oczy i wizualizujcie sobie przeciętną półkę w przeciętnym markecie: oto dumnie pręży ogon lider rodzimego rynku, kot z Gato Negro. Obok beczy od nadmiaru beczki owieczka z Oveja Nera. Pod sztucznym słońcem sklepowej lampki wygrzewa się żółw z Jindalee Shiraz. Wyliniały cokolwiek leopard z Leopard’s Leap nikomu nie podskoczy. Fioletowy słoń z Balance Pinotage tyle wie o równowadze, co jego kolega ze składu porcelany. Na najniższej półce byczy się szpetny, z winy kiepskich grafików, byk z najtańszych Egri Bikaverów…
Nijakie masowe wino desperacko potrzebuje zwierzaka, który by nadał charakteru jego bylejakości i wdzięczył się bezwstydnie do konsumenta. Rzecz ma się tu jak na rynku, dajmy na to, soków dla dzieci. Skoro w środku jest za każdym razem ten sam przemysłowy produkt, to rysunkową gębą mu służy jakiś Kubuś, Pysio czy Smokuś.
Moja teoria nie rości sobie jednak praw do bezwzględnej słuszności – w mojej lodówce leży bowiem od jakiegoś czasu La Spinosa Prunaiolo 1999, z gustownym jeżem na etykiecie. Jak każda bardziej wiekowa butelka, to swoisty (ach, te zwierzaki!) kot Schrödingera. Dopóki jej nie odkorkuję, mogę tylko zgadywać jak się trzyma, jest żywa i martwa jednocześnie. Ot, taka superpozycja supertoskana.
Wiele wskazuje jednak na to, że pewnego dnia ten niepozorny jeż uratuje honor swych ostentacyjnie chałturzących pobratymców. Niech go tylko wypuszczę na wolność.
PS. Dla pełnej jasności – powyższe nawiązanie do znanego paradoksu mechaniki kwantowej ma znikomą wartość poznawczą i w pełni zasługuje by trafić do kolejnego wydania Modnych bzdur Alana Sokala.
PPS. A tutaj link do znalezionego podczas pisania notki streszczenia eksperymentu, który badał, dlaczego ludziom podobają się etykiety win z wizerunkami zwierząt – bardziej nawet niż te, na których pojawiają się produktowe elementy, takie jak np. kiście winogron. Jak się okazuje, odpowiedź jest godna inżyniera Mamonia. Zainteresowani szczegółami niech klikają.
O uroku życia – jak w związku z wyjątkami od reguł mawiał pewien pisarz od siedmiu tomów – stanowi Escoda Sanahuja
. Na etykietach kolejno dzik, borsuk, lis i jakiś ptok. No i obawiam się, że Prunaiolo jest raczej w stanie superponowanym
.
Cóż, trzeba będzie sprawdzić obserwable – jest szansa, że jak jeż zawiedzie, to po degustacji będzie w stanie superspostponowanym
Tego Sanahuja też bym kiedyś poobserwablował zresztą
Następną razą. Jeśli tylko dotrę do Krakowa lub Wapaństwo do Wawy
Waćpaństwo
Botalcura też miewa ptaszory na etykietach i MSZ w wielu przypadkach nie chałturzą.
Słuszna uwaga. Na logikę powinny mieć kurę na butelce – ale tam jakieś dziksze ptaszysko jest
Win dawno nie piłem, ale Syrah-Nebbiolo wspominam jako dość pozytywne zaskoczenie.
oj, to prawda z tymi zwierzakami. i w pewnym sensie przestroga – następnego dnia po skonsumowaniu takiego wina człowiek czuje się, jakby (cytat z Gaimana, nie że ja taka bystra), jakby mu takie zwierzątko w buzi, za przeproszeniem, umarło…
Kubo, mylisz się, podam ci dwa przykłady z brzegu, które zaprzeczają teorii Janickiego: La Vieille Ferme z Lubaron i wino dostępne w sąsiedzkiej Szafie Domaine de LA Piegonne. Na pierwszym widnieją dwie kurki, WINO z winnicy braci Perrin – ładnie złożone i pełne wino białe. I drugie także zRodanu, białe z gołabkiem czyli tym Pieżonem;) SPRÓBUJ
http://www.lavieilleferme.com/recolte.php?langue=en
wine4you ich sprowadza
Ale gołąb to pigeon jest a nie la Piegonne
jongleur
pisałem na czuja z pamięci:P walnąłem się w szyku, ale tłumacz podaje, że to Gołąb Hen
Oczy szeroko otworzyć można i spojrzeć śmiało:
http://www.sstarwines.pl/wino3934
zamiast gadać po próżnicy;-)
Kiedyś taki wątek założyliśmy ze zwierzakami na etykietach.
Macie coś jeszcze to dorzućcie w komentarzu:-)
Pzdr!