Źrenica Dionizosa

afro Właśnie tutaj, ulepiona z niczego, z morskiej piany, miała na brzeg wyjść Afrodyta. Gapię się zastygły w bezruchu w podejrzanie przejrzystą toń Morza Śródziemnego i myślę sobie, że nie tylko ta niesłusznie idealizowana grecka bogini cypryjskiego pochodzenia (pianę się jej pamięta, udział w wywołaniu wojny trojańskiej mniej jakby) się wzięła z tego morza. Myśmy wszyscy z niego. Homines mediterranei. Żyć, myśleć, jeść, pić wino, taki lifestyle tu obowiązuje od trzech tysięcy lat. Cypr czy Grecja – nigdy nie czuję się tutaj kimś z zewnątrz. Ja przecież nie odwiedzam, ja wracam do domu. Wysiadam z samolotu ulepiony z niczego, z morskiej piany.

***

W górskiej winiarskiej miejscowości Omodos w cerkwi Świętego Krzyża wśród ornamentów w oczy rzuca się dwugłowy bizantyjski orzeł. Patrzy jednocześnie w lewo i prawo, czy też, jeśli komuś tak bardziej pasuje, na wschód i zachód. Tam, skąd pochodzi, patrzył na Rzym i Konstantynopol, bo Bizancjum nigdy się Zachodniego Cesarstwa nie wyrzekło, nawet kiedy to przestało istnieć.  Teraz patrzy jednocześnie na grecką i turecką stronę wyspy, bo tak Cypr jest podzielony politycznie – w kategoriach kulturowo-ekonomicznych jednak linia podziału, linia orlego spojrzenia przebiega inaczej. Łeb lewy filuje kontrolnie na dawnego kolonizatora, Anglię, podczas gdy łeb prawy bacznie obserwuje nowego, Rosję.

A gdyby orzeł miał wejrzenie także w sferę wiary, tedy by jedną parą oczu widział Mity, a drugą Boga – i mógłby się oboma dziobami śmiać z tego, że świątynia Afrodyty jest zamknięta ze względu na  Wielki Piątek. Homerycki żart.

***

W  Domu Dionizosa w Pafos, rzymskiej willi, która swą archeologiczną nazwę zawdzięcza licznym  wizerunkom tego właśnie bóstwa, odkryto przepiękne, kunsztowne mozaiki, na których Bóg Wina jest młody i piękny.  Gdy się je ogląda, wzrok patrzącego automatycznie wędruje ku oczom Dionizosa, źrenica fiksuję się na źrenicy, tym elemencie najmniejszym z najmniejszych, który by nie mógł istnieć bez wszystkich dookolnych, ale który, bez wątpienia, to widać, widać, jest ze wszystkich najważniejszy.

***

Źrenica, sedno wina cypryjskiego – village wine, wino wiejskie, wino lokalne. Są na Cyprze wielcy producenci, mają nazwy-skrótowce, ciągi liter, których mi się nie chce pamiętać. Są średni. I są tacy, których wino jest dostępne w jednym miejscowym sklepie, w winiarni i trzech restauracjach – i gdy w jednej z nich akurat pochwalimy je,  wypite do lunchu, kelner wskaże dłonią mężczyznę sączącego kawę przy barze i rzuci: – This is the winemaker.  

Tak poznałem twórcę znakomitej stołowej czerwieni z winnicy Marion w miejscowości Omodos – wina smakującego dojrzałymi wiśniami i liściem laurowym, z nutą lotnej kwasowości, zupełnie wolnego od nużącej ociężałości, która się czerwonym winom cypryjskim dość często zdarza.

Marion

Albo Koralli – jeszcze jedno wino prościuchne, stołowe, codzienne, głębokie dzięki dojrzałości gron, ale jednocześnie dzięki lotnej świeże i smakowite, prosto z Pafos.

Koralli

***

Czy też Xinisteri z Omodos, z Winiarni Proroka Eliasza – świetna interpretacja tego najpopularniejszego na Cyprze białego szczepu. Zwykle daje on wina dość cieliste, słonawe, bardzo dobrze dopasowane do miejscowego klimatu i kuchni – w wersjach mniej wyszukanych z wulgarnymi raczej posmakami mięsnymi, w lepszych, jak ta od Eliasza, powietrzne i mineralne jak śródziemnomorska bryza.

Eliasz

Podczas żydowskiej Paschy biesiadnicy zostawiają otwarte drzwi i, na stojąco, czekają, aż prorok Eliasz wejdzie i wypije naszykowane dlań wcześniej wino. A ja piłem  to Xinisteri, wino proroka, w Wielkanoc, Paschę ortodoksyjną. Na siedząco i przy drzwiach zamkniętych.

Homerycki żart. Źrenica Dionizosa.


Łysek z pokładu Id

Dobrze to pamiętam, pierwsze miesiące i lata zachłyśnięcia się winem. Ten naiwny zapał, tę neoficką żarliwość, bezkrytycyzm, branie wszystkiego co trafiało do ust i uszu za dobrą monetę. Tak łatwo znaleźć upojenie w różnorodności, w złudzeniu niepowtarzalności, obiecywanej przez z pozoru nieogarnialną mozaikę krajów, szczepów, apelacji, winiarzy, siedlisk, dni.

***

Coraz rzadziej zachłystuję się nowościami. Zdradzam coraz mniejszą skłonność do eksperymentów, nie łypię na lewo i prawo jak niewyżyty gimnazjalista. Poznałem nieźle swoje mniej i bardziej perwersyjne słabości i jestem dziś raczej skłonny się ich trzymać.

***

Gnuśność, myślałem najpierw. Albo zaślepienie. Wpadasz chłopie w koleiny, jedziesz schematem, masz klapki na oczach albo i gorzej, jesteś Łysek z pokładu Idy. Ale znalazłem odpowiedź, jak zwykle przypadkowo, niespodziewanie. Tu nie o pokład Idy chodzi, tu chodzi o Id.

***

Bo w sukurs mi przyszła, imaginuj sobie waćpanna, psychoanaliza. Sowa streszczający Żiżka interpretującego Lacana, dla ścisłości. I wiem już teraz, widzę jak na dłoni, co się stało. Otóż straciłem pragnienie wina. Zastąpił jej popęd.

***

Jan Sowa pisze: „(…) popęd stanowi przeciwieństwo pragnienia, bo gdy pragnienie operuje zgodnie z zasadą  „to nie jest to” i poszukuje wciąż nowego obiektu, popęd wciąż powraca do tego samego, ponieważ właśnie „to jest to”.

***

Gdyby odrzucić pełny zastrzeżeń co do umowności przyjętych pojęć Lacanowski sztafaż i skupić się na pierwszych skojarzeniach z tymi dwoma terminami – pragnienie i popęd – to, cóż, nie wypada to najlepiej. Przynajmniej dla mnie.

…bo pragnienie to sensualność, spontaniczność, namiętność. To płomień, który się gasi.

…bo popęd to animalizm, automatyzm. To głód, który się zaspokaja.

Ale przyjmijmy, że pragnie się tego, o czym się nie wie, czy jest właśnie „tym”. Bo pragnie się przekonać.

A pożąda się dopiero tego, co „tym” jest – o czym się już wie, bo się przekonało.

Tak więc popęd to uporządkowane, ukierunkowane pragnienie – ku temu, co okazało się być właśnie tym, czego się szukało. I się znalazło.

***

Ku czemu więc ten popęd? Winu – aż mi głupio, że tyle razy to powtarzam –  autentycznemu, naturalnemu, szczeremu i przy tym niekoniecznie nienagannemu. Takiemu, które jest sobą, a nie, jak pisze na swoich genialnych butelkach Alessandro Dettori, tym, czym chciałbyś, żeby było. Winu, które potrafi mnie sobie podporządkować. Którego nie rozumiem, bo nie muszę, gdyż je czuję.

***

Znalazłem wina, które są „tym”. Wracam do nich jak często mogę – także tutaj. Dettori, Musar, Frick, Bini, Cornelissen i jeszcze kilku, może kilkunastu. Czy to oznacza, że już nie będę szukał? Że nie mam czego szukać?

Nie. Bo jest jeszcze Freudowska Rzecz. Obiekt zawsze poszukiwany, ale niemożliwy do odnalezienia. Puste miejsce, które wypełniamy fantazjami, projekcjami. Nigdy nie odnajdziemy Rzeczy – co najwyżej, jak pisze Lacan, współrzędne jej przyjemności.

***

Mapa skarbów, na końcu której nie czeka żaden skarb. Wino. Życie.


Coś innego, gdzie indziej

IMG_20130324_183227Powinienem teraz robić coś innego. Powinienem wysłać K. namiar na pensjonat w Egerze, bo chłopina mnie prosi od tygodnia. Powinienem skręcić płomień pod rosołem i zdecydowanie staranniej go odszumować, bo mu teraz podejrzane fuzle pływają po wierzchu. Powinienem dopieszczać prezentację na degustację, która już we wtorek. Powinienem z palmą pod pachą zaiwaniać do kościoła. Powinienem czytać „Fantomowe ciało króla” Jana Sowy, w którym się autor bierze za bary z historią naszej części Europy… Wszystko to powinienem i nic z tego nie robię.

A co robię? Przymykam oczy i pozwalam, żeby czas płynął. Wyobrażam sobie siebie gdzie indziej, nie robiącego zupełnie innych rzeczy, które powinienem robić, niż te, których nie robię teraz. Wszystko inne – miasto, pogoda, ludzie, życie –  tylko ja tak samo nic nie robiący, uśmiechający się do płynącego czasu i łypiący na to wszystko, tak inne, zza półprzymkniętych powiek.

Płynie mi czas i wino mi do niego płynie, takie też jakby bezczasowe. Niegdysiejsze etykiety, nieszczególnie ceniony region, jakim jest włoska Emilia-Romania, a w butelkach mało poważane szczepy – choć moim zdaniem jedne z najciekawszych we Włoszech, bo dają idealne wina codzienne, bezpretensjonalne, ale zarazem jakby stworzone są do naturalistycznych eksperymentów.

Producent, którego wina płyną mi niespiesznie wraz z czasem, nazywa się Fratelli Braghieri i nie wiem o nim nic więcej, ponad to, że wina fermentują na naturalnych, dzikich drożdżach. Pierwsze z nich to białe, lekko musujące Ortugo 2011 – czysta, nieco perwersyjna przyjemność, najkrócej mówiąc: alkoholizowana galaretka agrestowa, choć nigdy nie pomyślałbym, że użyję takiego porównania w sensie pozytywnym. Cóż, ludzie się starzeją, serca miękną.

Drugie wino to Gutturnio 2011 – kupaż Barbery i Bonardy, wino chłopskie w najlepszym tego słowa znaczeniu: otwierające się mocną, podwórkową nutą brettu, która jednak szybko ustępuje. Zostaje wino mocno kwasowe, z odrobiną słodyczy, krwisto-metaliczne, smakujące sokiem z granatów i wczesnym, letnim popołudniem.

Powinienem pewnie napisać o tych winach coś więcej. Cóż, wybaczcie. One tego nie potrzebują, Wy jak sądzę też nie. A ja? Ja jestem teraz gdzie indziej i nie robię czegoś zupełnie innego.


Wino, którego Jezus nie wypił, chociaż mógłby

GetUczeni w Piśmie mogą się nie zgodzić, ale Jezus wcale nie musiał umierać za nasze grzechy. Ormiański król Abgar miał ponoć napisać do przyszłego zbawiciela list następującej treści: Słyszałem, że Żydzi szemrzą przeciw Tobie i chcą Cię wydać na męki; mam miasto małe, lecz przyjemne, może ono wystarczyć dla nas obu.  O ewentualnej odpowiedzi Syna Bożego historia milczy, być może dlatego, że według niektórych Syn Cieśli był analfabetą…

Uczeni w winie mogą się nie zgodzić, ale winorośl ponoć pochodzi z Armenii. W 2011 roku w górskim kompleksie grot Areni odkryto liczącą ok. 6 tysięcy lat winnicę oraz pozostałości gron Vitis vinifera. Gdyby więc Pan Jezus przyjął zaproszenie króla Abgara, miast octu z gąbki na krzyżu piłby wino z kielicha na Kaukazie…

Ormianie, o czym pisze Wojciech Górecki, doprowadzili do mistrzostwa sztukę legitymizowania swojej państwowości poprzez budowanie ciągłości między mitologiczną przeszłością a tu-i-teraz. Powyższe historie możemy więc brać w nawias – ale nie powinno nas to skłaniać do lekceważenia armeńskiego winiarstwa.

Od jakiegoś czasu działa na polskim rynku firma Wina Armenii. Próbując na szybko szeregu oferowanych przez nią etykiet podczas zeszłorocznych targów EnoExpo nie byłem w stanie wyrobić sobie na ich temat żadnych konkretnych opinii – zbyt były osobne, zbyt dziwaczne, nieprzystające. Wiedziałem, że wrócę do nich i oto wracam, a właściwie zaczynam wracać.

Czytelnicy w pewnym wieku pamiętają pewnie dowcipy w formie pytań słuchaczy i odpowiedzi przypisywanych ormiańskiemu Radiu Erewań. Jeden z nich brzmiał:

- Stalin umarł w dniu wielkiego święta. Jakie to było święto?

- Dzień śmierci Stalina.

Otóż dzień otwarcia przez mnie Getnatoun 2005 z lokalnej odmiany Areni i regionu Vayots Dzor będę od teraz obchodził jako święto – Dzień Otwarcia Przeze Mnie Getnatoun 2005. Proszę sobie wyobrazić czerwono-czarny leśny owoc, dziki z natury, ale wzięty w solidne karby, niczym ruski chłop za samodzierżawia.  Owoc zabeczkowany, owszem, ale nie nachalnie, bez toporności nowej dębiny, lecz subtelnie, jakby deszczułki pochodziły z samej Arki Noego.  Wino po ośmiu latach już dobrze ułożone – z przyjemną,  dość ziarnistą fakturą garbnika i niesłychanie elegancką ewolucją, uwalniającą nuty likierowo-ziołowe. Niezwykła to fuzja czarnobrewej kaukaskiej dzikości z nabytą przez lata powściągliwością.

Słowem, wino naprawdę dużego kalibru. Na które Jezus Chrystus się nie załapał, a ja i owszem. W trzydziestym trzecim roku życia.


N

Perec

George Perec

Z Georgem Perekiem nie łączy mnie praktycznie nic, poza tym, że uwielbiam go czytać. On był benedyktyńsko konsekwentny w swoim pisarstwie – a ja wiadomo. Jemu rosła bujna czupryna i finezyjny zarost – a mnie wiadomo. On opętany był obsesją porządku, rozumianego nie jako minimalizm, ale jako kategoryzowanie, katalogowanie, indeksowanie, fiszkowanie, słowem: porządkowanie bytów i przedmiotów w przestrzeni – a ja wiadomo.

W wydanym niedawno przez Lokatora tomie esejów Pereca – choć może właściwiej byłoby mówić o drukach rozproszonych – znajduje się porywający tekst (świetnie przełożony przez Ewę Wieleżyńską) Próba zinwentaryzowania pokarmów płynnych i stałych, jakie pochłonąłem w ciągu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku.

Porywający jest on z kilku co najmniej powodów. Po pierwsze dlatego, że osobiście z trudem przychodzi mi przypomnieć sobie, co jadłem w ciągu ostatniego tygodnia. Po drugie, jest żywym dowodem na ubóstwo naszej kuchni, nie tylko PRL-owskiej, ale i współczesnej. Rzućcie, proszę Was, tylko okiem…

Inwentarz

No i wreszcie wino. Perec pił mnóstwo. Dwadzieścia sześć razy cahors, trzynaście razy beaujolais, dziewięć razy cotes-du-rhone, dziewięć razy chateneuf-du-pape, dziewięć razy bordeaux, sześć razy margeaux ’62, siedem razy savigny-les-beaune, raz romanee-conti ’64… A to tylko skromny wycinek imponującej listy.

Inwentaryzowałem ten inwentarz podwójnie zazdrosny, o wina i o pilność w ich wynotowywaniu, o zdolność do wyprowadzenia w tej kwestii indywidualnych statystyk, z którymi zwykle mamy do czynienia tylko w odniesieniu do zawodowych futbolistów – aż wreszcie dobrnąłem do końca i zobaczyłem brzemienną frazę n innych win. Jeśli więc nawet on mógł stracić rachubę, ja mogę tym bardziej!

W innym eseju Perec mówi: Tak czy owak, mam świadomość, że kiedy porządkuję, układam, gdzieś indziej będą miały miejsce zdarzenia, które zburzą ten ład (…). To stanowi część tej sprzeczności pomiędzy życiem a instrukcją obsługi, między zasadami gry, jakie ustalamy, a paroksyzmem prawdziwego życia, które nieustannie pochłania, niszczy ten porządek, zresztą, na szczęście.

Za ten paroksyzm chciałbym wznieść toast. Niekoniecznie romanee-conti ’64. Jednym z N win, które akurat jest pod ręką.


Miniaturowy świat

Hotel RoomLubię hotele. Sypiam w nich tak często, że czasem wydaje mi się, że w końcu w którymś zamieszkam.

Mieszkanie w hotelu to wyobcowanie podniesione do rangi deklaracji. Podróżowanie jest  uciekaniem, a ucieczka jest anonimowa – dlatego do księgi gości wpisują się Pan i Pani Smith. Hotele to nieustanne napięcie pomiędzy Ja-podporządkowujący-sobie-przestrzeń i Przestrzeń-podporządkowująca-sobie-mnie. Nigdy nie czuję się w nich na miejscu, ale jednocześnie uwodzą mnie bez reszty wizją wygodnego życia bez zobowiązań, jakie zawsze było udziałem hotelowych rezydentów.  Od Marka Twaina do Sida Viciousa w Hotelu Chelsea. Od Tom Waitsa do Blondie w niesławnej, nieczynnej już Tropicanie na Santa Monica Boulevard.

To właśnie mieszkając w Tropicanie, z Chuckiem E. Weissem i Rickie Lee Jones, Tom Waits nagrał Nighthawks at the diner – album zainspirowanym obrazem Edwarda Hoppera, który malował nie tylko nocne drugstory, ale też hotele. Kobiety czytające w hotelach.

Hotel to miniaturowy świat – miniaturowe szamponiki i mydełka, miniaturowe porządki w miniaturowym domu. Samotność w hotelu także jest miniaturą – w średniowiecznym sensie tego słowa, syntetyczną, alegoryczną ilustracją, poprzez różnicę skali uświadamiającą nam naszą samotność w świecie.

Na ziejącą ranę samotności nalepić można niewielki plasterek alkoholu. Dubravka Ugresic pisze:  Bo zastanówmy się przez chwilę, czym jest w istocie minibar? Minibar został zaprojektowany jak domek dla lalek przeznaczony dla dorosłych mężczyzn.(…) Minibar to swoiste zdrobnienie dla słowa grzech. Grzech w zdrobnieniu nie jest przecież grzechem, tylko symulacją grzechu, i w tym kryje się niezastąpiony terapeutyczny efekt minibaru.

I tu pojawia się problem. Słowa te piszę, oczywiście, w hotelu. Obok biurka znajduje się minibar, a w nim dwie buteleczki Dorato oraz dwie Sutter Home. Hotel ma sporo gwiazdek i centralne położenie w stolicy, ale co z tego? Dorato i Sutter Home.

Czy jest ratunek? Ja w Warszawie wybieram kolegów Marksa i Spencera. Mieszkają zaraz koło Dworca Centralnego, w Złotych Tarasach. Mają dobre ceny i równy, przyzwoity wybór win – bez olśnień, ale i bez ewidentnych mielizn. Butelki reprezentatywne dla swoich apelacji. I, przede wszystkim, sporo miniaturek, które można sobie schłodzić w minibarze, dla podtrzymania konwencji. Szampan. Beaujolais. Riesling.  Jeśli zacznie brakować miejsca w lodóweczce, proponuję wyciągnąć Dorato. Wyciągnąć, otworzyć i wylać do umywalki, mrucząc pod nosem inkantacje do miniaturowych hotelowych bóstw. Może następnym razem się zlitują.


Niechciej

LagreinNiby nowy, a nic się nowego nie chce. Krztusimy się smogiem. Brniemy przez błoto, tę syfiastą, gównianą mamałygę, w którą miasto zmienia śnieg. Zgarbieni, łypiąc na boki, byle dotrzeć, w zasadzie gdziekolwiek, byle nie utknąć na dobre w tym węglowym miale, w piekielnych wyziewach. Się chronimy w domach, ale wnętrza też nie przynoszą ukojenia, kaloryfery nas kąsają, więc wyglądamy tęsknie przez okna, z powrotem na to smrodliwe miejskie inferno. Znikąd nadziei.

Ale, ale. Przecież brnąc, ile razy ściskamy strudzonymi pachami wino. Ile razy nabożnie podzwaniają pełne go reklamówki, a kartony w naszych bagażnikach wpadają w nieprzyzwoite wibracje . Ta dobrze znana, choć czasami ciut zapomniana butelka u kresu dnia, przy stole, przytulona do jakiejś równie komfortowej potrawy – tego się idzie złapać. W styczniowej czerni, w czarnej breji nie oczekuje się olśnień, wystarczy promyk, płomyk, płomyczek.

A przecież może być i całkiem dobrze. Skądś wydłubuję butelkę producenta, którego mi nigdy nie dość, do którego zawsze tęsknię – Pinot Blanc 2008 od Pierre’a Fricka – i nagle ten grejpfrut, ta żółta śliwka, to pomelo, ten blask tu jest. A potem Kekfrankos Balf 2009 od Franza Weningera z węgierskiego Sopronu, z pięknym brettem na początek, odwirowujący się w naturalną plastelinę, soczystość i niepohamowaną wprost pijalność…

I jeszcze Lagrein 2010 od St. Michel-Eppan z Górnej Adygi, nieoceniony towarzysz ponurych zimowych wieczorów. Wino  z nutami podwórkowymi, marcepanowymi, odrobiną piwnicznego jabłka, szczyptą ziół i przygarścią mineralnego chłodu. Usta bardzo ładnie zarysowane, odświeżające, ale nie pozbawione głębi, zbudowane na kwasowości, z dobrym owocem i pyłowym, kamiennym tłem. Wraca się do jego nieco kalwińskiej surowości z ledwie skrywaną lubieżnością.

Chciałbym, żeby po kieliszku każdego z tych trzech win napił się ze mną nieszczęsny Osip Mandelsztam. On też za styczniem najwyraźniej nie przepadał.

mandelsztam

Gdzie mam się podziać w tym styczniu przeklętym?

Otwarte miasto czepia się obrzydle…

Może mnie upił widok drzwi zamkniętych?

- Wyć się chce: wszędzie zasuwy i rygle.

 

I te pończochy rozszczekanych przecznic,

I te spiżarnie wykrzywionych ulic:

Zza wszystkich rogów wrogów niebezpiecznych

I w każdym kącie końca oczekuję.

 

I w dół porosły brodawkami mroku,

Ślizgam się, brnąc ku pompie oblodzonej,

I łykam martwe powietrze w rytm kroków,

I gorączkują się gwarne gawrony.

 

A ja na ziemi jęczę i złorzeczę,

Potknąwszy się o czyjś zgubiony chodak:

- Niech ktoś przeczyta! doradzi! uleczy!

Niech choć zagadnie na kolczastych schodach!

 

Osip Mandelsztam

przekład Stanisław Barańczak


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.